niedziela, 24 września 2017

Powrót do "Świątyni"




W piątek po kilkuletniej przerwie postanowiłam wrócić na Widzew. Był to mój debiut na nowym stadionie. Data tym bardziej dla mnie pamiętna, bo moje urodziny. Zrobiłam sobie zatem bardzo miły i sympatyczny prezent. :)
Pod stadionem zameldowałam się po 18. Ku mojemu zdziwieniu przy wejściu nie było żadnych kolejek. W dawnych czasach było to nie do pomyślenia. Czyli już na samym początku wielki plus. Wejście na stadion zajęło mi dosłownie dwie minuty. Kolejki jakie były pod stadionem to do kasy i sklepiku Widzewa, który miał swoje otwarcie. Kolejne wow było już na trybunie, gdy ujrzałam to piękne cudo, które nazywam "Świątynią" - oczywiście piłkarską. Stadion robi ogromne wrażenie. Nie jest jakimś wielkim kolosem, ale na obecne warunki 3 ligowe jest jak najbardziej odpowiedni. W środku wygląda na prawdę ładnie :) Oczywiście nie mogłam iść nigdzie indziej jak na słynny Zegar, czyli trybunę D! To tutaj, w tym miejscu spędziłam większość swojego kibicowskiego życia więc tradycję trzeba było podtrzymać. 



Mecz rozpoczynał się o godz. 19:10. Przed spotkaniem ćwiczyliśmy nową piosenkę, do której słowa wymyślił chłopak z mojego miasta. Równo o 19:10 pierwszy gwizdek sędziego i gramy z warszawskim Ursusem. Jeszcze dobrze się nie rozkręciliśmy z dopingiem, a ja nie wpadłam w rytm dopingowo- meczowy, a już chłopaki uraczyli nas pierwszą bramką. Była dokładnie 5 minuta spotkania, a strzelcem bramki Sylwestrzak. Wykorzystał dośrodkowanie po rzucie rożnym. 


             


Radość z gola była, ale jeszcze taka umiarkowana, zbyt duży szok czasowy chyba ;) . W pierwszej połowie w doping się wkręcałam. Oczywiście z chwilą śpiewania kolejnych piosenek wszystkie słowa nagle się przypominały - to jest niesamowite. Do przerwy utrzymało się 1-0 dla Widzewa. Przerwa zarówno dla piłkarzy jak i dla nas na odpoczynek. Druga połowa to z mojej strony już wejście na pełne obroty dopingowe. Nabrałam sił i wkręciłam się jak za dawnych dobrych lat. Dodatkowo mobilizował mnie bramkarz gości, który był niezłym prowokatorem. Ale nie ma się co dziwić. W końcu wszyscy wiemy jak Łódź piłkarska lubi się z piłkarską Warszawą. Niestety w 68 minucie Ursus szczęśliwie wyrównał po bramce samobójczej Pigiela. Piłka od piłkarza Widzewa tak niefortunnie się odbiła, że nawet Wolański nie mógł jej sięgnąć. Zresztą zobaczcie sami.


          


Na szczęście czasu na odrobienie strat zostało sporo. I my i piłkarze wzięliśmy się ostro do roboty. Niestety pod Zegarem jacyś debilni kibice zaczęli rzucać zapalniczkami na boisko w stronę bramkarza gości. Nie powiem, że bramkarz przyjezdnych nie był bez winy, bo po bramce na 1-1 zaczął bardzo prowokować kibiców pod Zegarem. Ale to nie powód do takiego zachowania.  Niestety jak widać "bydło" jeszcze się u nas zdarza. Na szczęście większość kibiców była normalna i dopingiem zagrzewała Widzewiaków do ataku. A kilka "ciepłych" słów z gardeł spod Zegara poleciało w kierunku "sympatycznego" bramkarza Ursusa. W 73 minucie cały stadion poderwał się po raz kolejny. Bramkę na 2-1 strzelił Mąka. Radość na trybunach była niesamowita. Kocham to uczucie jak Widzew strzela bramkę, tą wielką radość. Niestety mi po tej bramce się oberwało. Dostałam z łokcia w kobiecą część ciała od kibica obok, oczywiście w ferworze tej radości dlatego mimo tego, że poczułam ból nie ruszyło mnie to. ;)  Niestety nasza radość trwała bardzo krótko. Sędzia uznał, że bramka padła ze spalonego. Do końca meczu Widzewiacy próbowali coś zrobić by ten mecz wygrać. Niestety nie udało się i wszyscy musieliśmy zadowolić się remisem, który na tą chwilę jest stratą dwóch punktów. Ale być może na koniec sezonu okaże się zwycięskim remisem. Może to moja obecność przyniosła pecha Widzewowi? ;)

Kibicowsko uważam mecz za bardzo udany, mimo że nie mam porównania z innym meczami. Mi się podobało i ja dałam z siebie 1000%. Ciężko mi było mówić po meczu. Od strony sportowej wynik słaby, a gra średnia. Co prawda Widzew miał tyle szans, że spokojnie powinien wgrać 3-1 minimum, niestety raził bardzo nieskutecznością. Widzewiacy oddali 24 strzały na bramkę, w tym tylko 4 celne ! Trochę mało celnych i bramek. No cóż walczymy i gramy dalej. 


Powrót do mojej świątyni uważam za bardzo udany. Stadion piękny, atmosfera cudowna. Był to pierwszy ale na pewno nie ostatni mój mecz Widzewa w tym sezonie, a może nawet w tej rundzie. Znów wróciła do mnie miłość oglądania meczu na żywo :) To jest coś fantastycznego być częścią takiego widowiska, na tak pięknym stadionie. To jest fantastyczne być częścią tego WIDZEWA ! Znów ... Bo nic tak nie zbliża do drużyny jak mecz na żywo :) 



środa, 20 września 2017

Niesamowita Barcelona !

fot: goal.com

Wczoraj byliśmy świadkami znów lepszej wersji Barcelony. W 5 kolejce Primera Division Barca rozgromiła drużynę Eibaru aż 6-1 po czterech bramkach Leo Messiego, golu D. Suareza i Paulinho. Oczywiście nie podniecam się tym wynikiem jakoś bardzo, bo Eibar to nie drużyna z najwyższego topu, tylko ligowy średniak. Ale mimo wszystko wynik, jak i sama gra Barcy cieszą.


Świetne spotkanie rozegrał Leo Messi, który jest klasą sam dla siebie. Strzelił cztery gole i ma już na koncie w tym sezonie LaLigi 9 bramek w pięciu meczach. 


         

Dobre spotkanie rozegrał również ten wyśmiewany Paulinho, który strzelił swoją drugą bramkę w barwach Blaugrany. Bardzo cieszy mnie jego dobra postawa, bo przynajmniej zamknie buźkę wszystkim śmieszkom i swoim przeciwnikom. 

Poniżej komentarz wczorajszego meczu Radia Rac1. Uwielbiam słuchać tych facetów i ich golgolgolgolgolgolgolgol. :)


To tak na krótko, a nawet bardzo krótko o Barcelonie. Rozpisywać się nie będę, bo każdy kto chciał to mecz obejrzał, a kto nie obejrzał to pewnie wynik już zna i bramki widział. Ja osobiście bardzo się cieszę z dobrego początku Barcy. Pięć meczów - 5 zwycięstw. Jedyna drużyna z kompletem punktów. Lepszego debiutu Valverde nie mógł sobie wymarzyć. Oby dobra passa trzymała się Barcy dalej ...


Teraz coś o Widzewie. W piątek po kilku latach przerwy wracam na stadion Widzewa. Będzie to mój debiut na Nowym Stadionie. Szczerze powiedziawszy to nie mogę się już doczekać piątku. Cieszę się jak dziecko 😆⚽ Oczywiście wracam na moją ukochaną trybunę jaką jest Zegar :) I mam zamiar przez cały mecz drzeć buzię i pomagać Widzewowi dopingiem :) Po powrocie na pewno opiszę wrażenia i zrobię jakąś krótką relację :) Oby Widzew był zwycięski ... 







poniedziałek, 18 września 2017

Mistrzowie dawnych lat



Mistrzowie dawnych lat to dział, w którym będę wspominała dawnych mistrzów piłki nożnej. Mistrzów z lat w których mnie jeszcze nie było, albo jeszcze się piłką nie interesowałam. Dzięki temu i ja sobie przyswoję piłkarzy o których może tylko słyszałam, ale nie zagłębiałam się w ich kariery. Na pierwszy strzał pójdą zawodnicy moich drużyn. Mam nadzieję, że przypadnie to Wam do gustu.

Na początek piłkarz Juventusu - Giuseppe (Beppe) Furino.

Giuseppe Furino urodził się 5 lipca 1946 roku w Palermo. Ale niedługo po tym jego rodzina przeprowadziła się na Północ Włoch w poszukiwaniu pracy. Działacze Juventusu szybko zauważyli talent młodego Furino, który dzieciństwo spędził w szkółce Starej Damy. Jednak niepewni byli co do pozycji boiskowej Beppe i wypożyczyli go w 1966 roku do drugoligowej Savony w której rozegrał 61 meczów jako lewoskrzydłowy, strzelając 7 goli. W 1968 roku sprowadzili go z powrotem i wypożyczyli na rok do Palermo. Furino rozegrał 27 meczów i strzelił jednego gola. Nie był zbyt bramkostrzelnym zawodnikiem. Ówczesny trener Carmello Di Bella, który sezon wcześniej wprowadził rosanerich do 1 ligi, zauważył pewną lukę w składzie na pozycji defensywnego pomocnika. Postanowił ją załatać właśnie 22 letnim wtedy Giuseppe. Po sezonie w Palermo działacze Juve postanowili sprowadzić młodego gracza uważając, że młodzian utrzyma swą wysoką formę z poprzedniego sezonu. Jego debiut w Serie A przypadł na mecz z ... Palermo na Stadio Communale. Palermo pierwsze strzeliło bramkę, ale rozdrażnieni gracze Starej Damy szybko odrobili straty, a Giuseppe postawił kropkę nad i i ustalił wynik meczu na 4-1. To był początek jego bogatej kariery w Juventusie. Nie był on bramkostrzelnym pomocnikiem, czarną robotę wykonywał w obronie. Jako defensywny pomocnik za zadanie miał rozbijać ataki rywali i zabezpieczać linię obrony. Po odebraniu piłki przeciwnikowi jego zadaniem było odegranie do przodu, do bardziej ofensywnych kolegów. Przez całą swoją karierę w Juve grał z numerem 4. Wtedy jeszcze pozycje boiskowe nie były przywiązane do numerów na koszulkach.
Z Juve w 1973 roku doszedł do finału LM. Niestety Ajax z Johanem Cruyffem w składzie okazał się silniejszy od Juventusu i wygrał 1-0. 



W 1974 roku Giuseppe Furino rok po pamiętnym finale Ligi Mistrzów przejął opaskę kapitańską, którą nosił aż do zakończenia kariery w 1984 roku. Nikt nie wyobrażał sobie wtedy kogoś innego jako kapitana. Giuseppe rządził i dzielił w drużynie. Uważał, że inni są bardziej stworzeni do gry pressingiem i wspomagania napastników, a on sam postanowił łatać dziury po kolegach ...
Kolejny finał Juve z Furino w składzie to Puchar UEFA i sezon 1976/77 - mecz z Athletic Bilbao. Bianconeri u siebie wygrali 1-0, a na wyjeździe ulegli Bilbao 1-2, ale wznieśli Puchar. Było to pierwsze trofeum Juventusu na arenie europejskiej. W sezonie 1983/84 Furino z Juve zdobył Puchar Zdobywców Pucharu. Było to kolejne - drugie i ostatnie europejskie trofeum w jego dorobku.



We Włoszech z Juve wywalczył 8 razy Mistrzostwo Włoch i dwa Puchary Włoch. Barwy Starej Damy reprezentował przez 15 sezonów. Rozegrał w tym czasie 528 meczów, co uplasowało go na 3 miejscu w rankingu wszech czasów, zaraz za Del Piero i Scireą. Strzelił łącznie w barwach Juve 19 bramek. Nie jest to dużo, a nawet bardzo mało na tyle sezonów, ale jego rola była zupełnie inna. 
Najważniejszą bramkę w swojej karierze Furino strzelił chyba w sezonie 1976/77, czyli dokładnie w tym w którym Juventus wygrał Puchar UEFA. Był to pierwszy sezon pod wodzą słynnego Trapattoniego. Na cztery kolejki przed końcem rozgrywek ligowych w boju o mistrza zostały dwie drużyny: Juventus i rywal zza miedzy - Torino. Piłkarze Trapattoniego grali z Napoli na Stadio Communale. Zwycięstwo Juve stawiało pod ścianą głównego rywala do Scudetto. Prowadzenie w meczu obieli turyńczycy. Niespodziewanie około 80 minuty meczu gola wyrównującego zdobyło Napoli. Wszystko wskazywało na to, że mecz zakończy się remisem, co doda skrzydeł Torino. Wtedy wszystko w swoje ręce, a dokładniej nogi wziął kapitan Juve - Giuseppe, który przejął idealne podanie od Causio i umieścił piłkę w siatce Napoli. Gra Juve do końca z czego słynęli opłacała się. Następnego dnia Torino tylko bezbramkowo zremisowało z Lazio i praktycznie oddało mistrza Juventusowi. 


Furino w reprezentacji Włoch wystąpił tylko w trzech meczach. Jednym z nich był mecz na MŚ w Meksyku w 1970 roku, na które został powołany. Wystąpił w drugim grupowym spotkaniu z Urugwajem, bezbramkowo zremisowanym. Włosi dotarli do finału, ale w nim ulegli wysoko 1-4 Brazylii. 
Karierę zakończył w 1984 roku. 

Statystycznie Giuseppe Furino nie powalał. Ale sympatię kibiców Juventusu zyskał po przez ciężką pracę, walkę i zaangażowanie oraz zostawianie serca na murawie. Był jednym z tych którzy potrafili jeszcze po meczu zostawać i trenować, co bardzo podoba się nam kibicom. Dlatego zasłużył na miano legendy Juventusu. W latach 90 tych wrócił do Turynu na prośbę Bonipertiego i przekazywał swoją wiedzę młodym piłkarzom klubowej akademii. Zbudował drużynę, która w 1994 roku sięgnęła po mistrzostwo młodzieżowych rozgrywek i wygrała turniej Viareggio. 
Giuseppe Furino został uhonorowany w 2011 roku jedną z gwiazd w Alei Sławy na Juventus Stadium.


piątek, 15 września 2017

Ciężka robota, czyli komentowanie moim okiem



Wczoraj z racji miłej wymiany zdań zostałam zmotywowana do pisania relacji live na Twitterze z meczu Herthy Berlin z Athletic Bilbao. I muszę stwierdzić, że nie jest to łatwe zadanie. Pisałam co jakiś czas co dzieje się na boisku, ale uwagę musiałam mieć skupiona cały czas - na meczu, na pisaniu. Był to mój drugi albo trzeci mecz tak relacjonowany, w tym jeden to był mecz siatkówki. Tam to był już totalny armagedon, akcja za akcją. Dlatego mam wielki podziw dla komentatorów, którzy muszą najpierw przygotować się do danego meczu, a później przez 90 minut go komentować. A po meczu i tak usłyszą narzekania nas - kibiców, że ten nazwiska źle wymienia, że tamten gada głupoty itp. itd. No cóż mamy do tego prawo jaki i mamy prawo narzekać na złą grę naszych ulubieńców. Ale uważam, że czasem jest tego za dużo. Czytam dużo komentarzy kibiców w internecie i bardzo często widzę narzekania na P. Dariusza Szpakowskiego, chyba jednego z najlepszych naszych komentatorów. Najczęściej chodzi o przekręcanie nazwiska i wymawianie kilkukrotnie razy inaczej. Czasem też się na to denerwuję, no bo co to za problem nauczyć się  wymawiać nazwiska? Ale za chwilę przychodzi refleksja co to będzie jak Pan Darek pójdzie na emeryturę? Przecież będzie mi tego głosu cholernie brakować. Głosu specyficznego i wyróżniającego się. Tego podniesionego głosu gdy przy piłce jest Messi bądź Ronaldo, albo gdy grają nasi. Narzekamy też na ekspertów dobieranych do komentatorów. O ile P.  Marcina Żewłakowa nie do końca lubię słuchać to już P. Radosław Majdan mi odpowiada, choć też wielu na niego narzeka. Nie wiem czemu ale jego głos i treść mi pasują. Największe narzekanie jest na P. Tomasza Hajtę. I z tym się zgodzę. Totalnie mi nie pasuje. Ani głosowo, ani treścią. Przez to obniża świetne komentarze P. Mateusza Borka, którego również bardzo lubimy i zaliczamy do tych najlepszych w Polsce. Wyróżniany jest również P. Jacek Laskowski, który oprócz dobrego komentarza zaskoczy nas jakimiś ciekawostkami czy to w hokeju, czy w piłce nożnej, co pisze się na duży plus. Ostatnio furorę wśród kibiców robią Panowie z Eleven, a wśród nich wyróżniani P. Ćwiąkała i Święcicki. To trochę nowa szkoła komentowania. Eleven wyszło kibicom na przeciw i podczas meczów można brać czynny udział w meczu poprzez #lazabawe, czy #włoskąrobotę. Ostatnio TVP Sport również wyszło z inicjatywą komentowania przez kibiców podczas studia pomeczowego co jest bardzo dużym plusem. P. Twarowskiego i Smokowskiego nie za dużo słucham ponieważ C+ nie posiadam, ale podobno również należą do ulubieńców kibiców. Teraz opuścili C+ więc może będzie mi dane bardziej przysłuchać się w ich głosy. To chyba Ci główni komentatorzy, którzy przyszli mi na myśl do omówienia. Wiadomo, że każdy będzie miał swoich zwolenników i przeciwników, ale czasem za mało doceniamy ich ciężką pracę. Czasem czytam, że niektórzy wolą oglądać mecz bez dźwięku, no cóż mają taki wybór. Sama nieraz tak oglądam, gdy jestem zmuszona oglądać mecz w internecie po Rosyjsku np. Skoro rozumiem co któreś słowo to wolę widzieć sam obraz. 

Lubię bardzo słuchać dobrego komentarza podczas meczu, który zbuduje dodatkową atmosferę i pozwoli wczuć się w widowisko. W widowisko, które tak bardzo wszyscy kochamy :)
To tak w skrócie o komentowaniu moim okiem. Być może natchnie mnie na większe wynurzenia odnośnie tego fachu - oczywiście okiem kibica :) 




czwartek, 14 września 2017

Moja mała biblioteczka



Dziś przedstawiam Wam moją małą, piłkarską biblioteczkę. Bardzo lubię czytać książki sportowe, piłkarskie czy biografie piłkarzy, choć bezcenne są autobiografie. Można się wielu ciekawostek dowiedzieć, które niekoniecznie są w internecie. Oczywiście po części traktuję je z przymrużeniem oka, bo zbyt duża koloryzacja się zdarza, zwłaszcza w książkach o piłkarzach Barcy. Najbardziej wiarygodne książki dla mnie z mojej kolekcji to "Alex Ferguson - autobiografia" (moim zdaniem najlepsza), "Wielki Widzew" i "George Best - Strzał w przerwie" - książki napisane bez żadnych koloryzacji, tylko tak jak było. Również wartościowa książka to "Barca - za kulisami najlepszej drużyny świata" - której tutaj obecnie nie ma, bo ją  pożyczyłam. Mam jeszcze biografię Xaviego, którą również pożyczyłam, a właśnie ta książka była moją pierwszą i to od niej się moje czytanie zaczęło. Fajne również są książki: "Barca - życie, pasja, ludzie" i "Juventus - historia w biało -czarnych barwach"
Albumy, które widzicie na samej górze, oraz książeczki na samym końcu to kolekcje "Przeglądu Sportowego". 




Książki powyżej to albumy ze zdjęciami. W pierwszej mamy 1001 pięknych fotografii z meczów i krótkie opisy, a w drugiej zdjęcia samej Barcy i jej spotkań.


Najwięcej książek mam oczywiście Barcelony. Chyba nikogo to nie dziwi. Jest jeszcze kilka pozycji, które planuję sobie zakupić. Ale wszystko w swoim czasie. Brakuje mi chyba jednej pozycji o Leo Messim, żeby mieć komplet, choć nie wiem czy jeszcze coś nie wyszło. 


 Z książek Manchesteru United kupię pewnie jeszcze o Rooneyu i chciałabym Beckhama - jednego z moich ulubieńców z "rocznika 92" :) Oczywiście jeśli znajdę coś ciekawego ogólnie o United to też sobie z pewnością kupię. Być może sprawię sobie również książkę "Ja Ibra" - podobno dobra, choć ciężko będzie go do którejś grupy przypasować ;) 


O Juve mam tylko dwie książki na razie. Chciałabym jeszcze o Niedźwiadku (Pavel Nedved) i o Antonio Conte - jednym z moich ulubionych trenerów :) Co z tego wyjdzie zobaczymy. 

Tak przedstawia się moja kolekcja książkowa. Być może z czasem się powiększy :) Na co osobiście liczę :)